Nie sposób było pozostawać obojętnym wobec niego, głoszonych przezeń poglądów i podejmowanych działań. W Drugiej Rzeczypospolitej, deklarując się jako konserwatysta i piłsudczyk, był przedmiotem krytyki zarówno ze strony zachowawców, jak i zwolenników Marszałka. Ci pierwsi zarzucali mu nadmierne „socjalizowanie”, drudzy – poddawanie w wątpliwość politycznego autorytetu następców Piłsudskiego. Nie pozostawiali na nim suchej nitki również narodowcy i socjaliści, dyskredytując zasadnicze tezy jego publicystyki.
Po II wojnie światowej podzielił zarówno polską emigrację, jak też antykomunistyczną opozycję w kraju. Jedni widzieli w nim „księcia niezłomnego”, prawdziwego męża stanu, wizjonera ukazującego perspektywy suwerennej i demokratycznej przyszłości nie tylko dla Polski, ale całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, zniewolonego przez Sowietów. Inni krytykowali go, widząc w jego postępowaniu polityczną naiwność, złudną wiarę w demokratyczną ewolucję komunistycznego systemu, brak pryncypialnego stanowiska wobec PRL-u, słabość wobec „skruszonych” komunistów oraz nadmierny krytycyzm wobec antyreżimowej opozycji w kraju.
Dla peerelowskich władz był „agentem CIA”, tymczasem dla Amerykanów i instytucji Stanów Zjednoczonych, współpracujących ze środowiskami polskiej emigracji, zawsze pozostawał „niepokornym” i „niezależnym” Polakiem. Po upadku Związku Sowieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Polskę nadal budził kontrowersje – podejmowana przezeń krytyka nowych elit politycznych Trzeciej Rzeczypospolitej dla jednych była dowodem patriotycznej troski, dla innych – przejawem emigracyjnego syndromu oderwania się od krajowej rzeczywistości.
Z PUBLICYSTY PREMIER?
Bohater niniejszego artykułu urodził się 27 lipca 1906 r. w Mińsku. Przyszedł na świat jako potomek starego spolonizowanego litewskiego rodu, któremu niegdyś przysługiwał nawet tytuł książęcy, ale w początkach XX stulecia był on tylko wspomnieniem świetnej przeszłości – ojciec Jerzego zarabiał na życie jako farmaceuta. Dzieciństwo przyszły redaktor „Kultury” spędził w Rosji – w Mińsku, Moskwie i Petersburgu.
Po odzyskaniu przez Rzeczpospolitą niepodległości Giedroyciowie, jak wiele innych polskich rodzin rozsianych po dawnym carskim imperium, przenieśli się do odrodzonej ojczyzny. Osiedli w stolicy, gdzie Jerzy ukończył w 1924 r. prestiżowe gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, a następnie rozpoczął pięcioletnie studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Po ich ukończeniu studiował jeszcze w latach 1930-1931 historię. Równocześnie podjął pracę zarobkową – najpierw na stanowisku referenta prasowego i parlamentarnego w Ministerstwie Rolnictwa, następnie jako naczelnik wydziału prezydialnego w Ministerstwie Przemysłu i Handlu.
Jednak to nie kariera urzędnicza, ale działalność społeczno-polityczna – a nade wszystko dziennikarska i publicystyczna – okazała się prawdziwym życiowym wyborem Giedroycia. Jeszcze podczas studiów udzielał się w akademickim życiu organizacyjnym – był prezesem korporacji „Patria” i Koła Międzykorporacyjnego w Warszawie oraz pracownikiem działu zagranicznego Naczelnego Komitetu Akademickiego Polskiego Związku Młodzieży Akademickiej. Szefował też redakcji „Dnia Akademickiego”, będącego dodatkiem do pisma „Dzień Polski”. Swym poglądom politycznym dał wyraz, stając się jednym z przywódców konserwatywnej i propiłsudczykowskiej organizacji Myśl Mocarstwowa.
Należał również do ścisłego grona kierowniczego innych zachowawczych struktur – Związku Pracy Mocarstwowej i Związku Drużyn Ludowych Mocarstwowej Polski. Zadbał także o odpowiednią trybunę dla głoszenia bliskich mu koncepcji politycznych i społeczno-gospodarczych, przekształcając w 1931 r. „Dzień Akademicki” w samodzielny dwutygodnik „Bunt Młodych”, który następnie zmienił nazwę na „Polityka. Dawniej «Bunt Młodych»”. Zdołał też zebrać wokół tego pisma najlepsze pióra nowego pokolenia polskiego dziennikarstwa. Dla „Buntu Młodych”, a później „Polityki” pisali wybitni młodzi konserwatywni publicyści, m.in.: Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy, Stefan Kisielewski i trzej bracia Bocheńscy – Aleksander, Innocenty, a przede wszystkim prawdziwe „cudowne dziecko polskiej polityki”, Adolf.
Giedroyc nie zamierzał też poprzestać na komentowaniu i recenzowaniu wydarzeń i procesów politycznych, zachodzących na polskiej scenie politycznej. Pod koniec lat trzydziestych planował wprowadzenie do parlamentu grupy młodych działaczy, związanych z „Polityką”, a o prestiżu, jakim cieszył się we własnym środowisku może świadczyć fakt, iż widziało ono w nim nawet… przyszłego premiera.
ZBUNTOWANY KONSERWATYSTA
W 1938 r. ukazał się drukiem – zatytułowany cokolwiek na wyrost, choć zarazem porywająco – program środowiska skupionego wokół „Polityki”: „Idea Polski imperialnej”. Odrzucał on koncepcję polityki jako wolnej gry partii politycznych – wcieleń „demagogii, sobkostwa i nieuctwa” – dla których głównym celem miało być zdobycie władzy i zaspokajanie osobistych ambicji przywódców a instrumentem działania populizm i pochlebstwo, żerujące na niewiedzy i naiwności społeczeństwa.
Prawdziwa praca państwowotwórcza, według autorów dokumentu, wymagała uczciwego kształtowania opinii mas, nie zaś ulegania jej. Działalności politycznej nie wolno było oddzielać od troski o najwyższe dobro wspólne – państwo polskie. Polityka, zdaniem twórców „Idei Polski imperialnej”, była sferą nacechowaną etycznie i żądała respektowania podstawowych norm. Najcenniejszym kapitałem działacza politycznego i państwowego miał być jego autorytet moralny. Nie można go było jednak zdobyć „schylając się po błoto, którym się rywale polityczni wzajemnie obrzucają”.
Jakie jednak były ówczesne poglądy polityczne samego Giedroycia? Trudno je określić jednoznacznie. Był konserwatystą, który nie odżegnywał się od wprowadzania prosocjalnego ustawodawstwa w imię wzmocnienia państwa i zarzucał staremu pokoleniu zachowawczych polityków klasowy egoizm. Był zdeklarowanym demokratą, który gotów był jednak poświęcić prawa obywatelskie na ołtarzu politycznej stabilizacji i udoskonalenia ustroju. Jak wspominał później: „gdy usprawiedliwiałem działania niekonstytucyjne czy sam usiłowałem je podejmować, miałem na widoku naprawę państwa, uczynienie go lepszym, bardziej sprawiedliwym, bardziej logicznym. Dlatego np. uważałem Brześć za uzasadniony. Centrolew był realnym zagrożeniem, zamierzał robić w Polsce rewolucję…
Internowanie działaczy Centrolewu było w tych warunkach aktem obrony koniecznej, chociaż gwałciło immunitet poselski i było nielegalne, leżało w interesie państwa”. Był wreszcie Giedroyc zwolennikiem Polski suwerennej i potężnej, który jednak w imię ratowania narodowej substancji gotów był u schyłku lat trzydziestych uznać brutalne potrzeby – tak jak je rozumiał – „Realpolitik” i iść wobec zagrożenia niemieckiego na daleko idący kompromis z Hitlerem.
Chyba najlepiej pasowało do niego określenie „państwowiec”, którego często używali dla scharakteryzowania swej postawy ideowej piłsudczycy, podkreślając, że tradycyjne podziały polityczne straciły aktualność, a priorytetem dla wszystkich obywateli odrodzonej Rzeczypospolitej powinno być wzmacnianie państwa przy użyciu wszelkich środków – zarówno postulowanych przez prawicę, jak i lewicę.
WYBORY EMIGRANTA – DYPLOMATA, ŻOŁNIERZ, DZIENNIKARZ
Po wybuchu II wojny światowej Giedroyc jako wysoki urzędnik Ministerstwa Przemysłu i Handlu został ewakuowany do Rumunii, gdzie najpierw pełnił funkcję osobistego sekretarza swego byłego szefa z Ministerstwa Rolnictwa – Rogera Raczyńskiego, wykonującego obowiązki ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Bukareszcie. Po likwidacji ambasady został kierownikiem Wydziału Polskiego przy poselstwie chilijskim w stolicy Rumunii, a zarazem współpracownikiem poselstwa angielskiego, reprezentującego interesy polskie wobec władz rumuńskich. Wiosną 1941 r. został ewakuowany do Stambułu. Tam zgłosił się do służby wojskowej, a następnie wyjechał do Palestyny, gdzie wstąpił do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. W jej szeregach uczestniczył później w kampanii libijskiej i walkach o Tobruk.
Jednak ponownie upomniała się o niego publicystyka i świat polityki. I on sam, i jego przełożeni wiedzieli, że mimo wojennego czasu nie karabinem, ale piórem – czy raczej maszyną do pisania – mógłby zrobić dla sprawy polskiej znacznie więcej niż zwykły żołnierz. W latach 1943-1944 kierował Wydziałem Czasopism i Wydawnictw Wojskowych Biura Propagandy Drugiego Korpusu Polskiego, a w latach 1944-1945 pracował w Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej w Gallipoli. Ostatecznie w 1945 r. objął stanowisko dyrektora Departamentu Europejskiego Ministerstwa Informacji Rządu Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie. To właśnie wtedy na emigracji poznał ludzi, którzy będą w przyszłości poprzez swą działalność organizacyjną i intelektualną aktywność prawdziwymi filarami środowiska paryskiej „Kultury” – małżeństwo Hertzów, Juliusza Mieroszewskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Józefa Czapskiego.
W 1946 r. Giedroyc zdecydował się na krok, który – jak się później okazało – zadecydował o całym jego przyszłym życiu. Dzięki organizacyjnej i finansowej pomocy Drugiego Korpusu i kredytowi zaciągniętemu w tzw. Funduszu Żołnierskim założył w Rzymie wydawnictwo książkowe, któremu nadał nazwę Instytutu Literackiego. Rozpoczął też natychmiast druk nowego pisma – „Kultury”. Pierwszy numer periodyku ukazał się w czerwcu 1947. Następnie (za zgodą patronującego przedsięwzięciu generała Andersa) redakcja została przeniesiona do Francji.
Początkowo zainstalowano ją w miejscu symbolicznym dla dziejów Polski – w słynnym Hotelu Lambert, czyli dawnej siedzibie przywódcy polskiej emigracji po powstaniu listopadowym – księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Później umiejscowiono ją – jak się okazało, już na stałe – w małej podparyskiej posiadłości Maisons-Laffitte. Tam też po spłaceniu zobowiązań wobec Drugiego Korpusu, zaczęła ona funkcjonować jako instytucja całkowicie niezależna, której jedyną zwierzchnością był – jak go określali dobrodusznie jego zwolennicy i złośliwie adwersarze – „Książę Redaktor”.
„KSIĘSTWO MAISONS-LAFFITTE”
W zamierzeniu samego Giedroycia Instytut Literacki, redakcja „Kultury” i wydawane przez nią czasopismo, miały do odegrania potrójną rolę. Po pierwsze miały stanowić okruch niepodległej Polski, emigracyjną „eksterytorialną” ambasadę Sprawy Polskiej, przypomnienie prawdy o Tej, co „nie zginęła, kiedy my żyjemy”, trwające wbrew przeciwnościom „ku pokrzepieniu serc”. Po drugie miała pełnić rolę aktywnego ośrodka kultury polskiej, instrumentu promocji niezależnej polskiej literatury – to tu przecież w przyszłości mieli publikować swoje książki i artykuły wspomniany już wcześniej Herling-Grudziński, noblista Czesław Miłosz, Józef Mackiewicz, Andrzej Bobkowski, Witold Gombrowicz, czy Jerzy Stempowski.
Wreszcie – i kto wie, czy ta funkcja „księstwa Maisons-Laffitte” nie była dla pragmatyka Giedroycia najważniejsza – Instytut Literacki miał stanowić ośrodek inicjujący, generujący wielką ogólnonarodową dyskusję o sprawach dla Polaków po II wojnie światowej najważniejszych – jak odzyskać niepodległość? Jaka będzie przyszłość Europy Wschodniej? Czy możliwa jest ewolucja komunistycznego reżimu? Jaka powinna być taktyka opozycji w kraju i polskiej emigracji? W debacie tej z założenia nie było wykluczonych. Przeciwnie – Giedroyc wyraźnie zmierzał do tego, aby „burza mózgów” wokół „Kultury” nacechowana była swoistym eklektyzmem ideologicznym. Nie brakowało w niej głosów konserwatystów, piłsudczyków, liberałów, narodowców, ludowców, socjalistów, a nawet nawróconych komunistów, wierzących w możliwość demokratyzacji i liberalizacji systemu panującego za „żelazną kurtyną”.
W dyskusji tej zabierali głos z jednej strony nieprzejednani antykomuniści, którzy nawoływali do międzynarodowej zbrojnej krucjaty przeciwko bolszewizmowi, z drugiej byli decydenci PRL, zrażeni do systemu, pragnący „socjalizmu z ludzką twarzą”. Próbowali w jej trakcie przekonywać do swoich racji nieprzejednani niepodległościowcy, którzy traktowali PRL jako kolonię Związku Sowieckiego, odmawiając jakichkolwiek kontaktów z „sowieckimi namiestnikami w Warszawie”, a zarazem zwolennicy „polityki drobnych kroków”, utrzymywania dialogu z reżimem, liczący na możliwość efektywnego wpływania w ten sposób na ewolucję systemu. Pisali do „Kultury” publicyści i politycy emigracyjni, a także krajowi – pod pseudonimami lub własnymi nazwiskami – płacąc za to często cenzorskim zapisem i ostracyzmem w PRL.
Warto też pamiętać, że na „Kulturze” (ogółem ukazało się 637 numerów tego pisma; ostatni w październiku 2000 r., gdyż druk zakończył się – zgodnie z życzeniem Giedroycia – wraz z jego śmiercią) i książkach wybitnych polskich autorów – pisarzy i publicystów – ukazujących się od 1953 r. w tzw. Bibliotece „Kultury” (do 2000 r. 511 tomów!), nie zamykała się aktywność wydawnicza Instytutu Literackiego. Od 1962 r. zainicjował on druk nowego periodyku – „Zeszytów Historycznych”. Wydawnictwo to, poświęcone dziejom najnowszym Polski i Europy Wschodniej, ukazuje się do dziś (na druk oczekuje obecnie 166 numer). I trzeba by jeszcze dodać, by dotrzymać kronikarskiej skrupulatności, że Giedroyc był równocześnie członkiem kolegium redakcyjnego pisma rosyjskich dysydentów „Kontynent” oraz wchodził w skład rady redakcyjnej ukraińskiego emigracyjnego kwartalnika „Widnowa”.
KIJ W MROWISKU
Otwartość dyskusji w środowisku skupionym wokół „Kultury” niejednokrotnie skutkowała ostrymi spięciami pomiędzy jej uczestnikami i oskarżeniami pod adresem samego Giedroycia o „flirtowanie z komunistami”. Tak było m.in., kiedy w październiku 1956 r. publicznie udzielił poparcia ówczesnemu nowemu I sekretarzowi Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Władysławowi Gomułce, widząc w represjonowanym wcześniej przez stalinowców towarzyszu „Wiesławie” potencjalnego autora liberalizacji systemu. „W imię wolności nie odrzucamy pół-wolności w imieniu tych, którzy od lat szesnastu pozbawieni są w ogóle wolności” – pisano w tym czasie na łamach „Kultury”.
Z myślą o możliwości ewolucji ustroju PRL-u w kierunku przynajmniej względnej demokratyzacji i poszanowania podstawowych praw obywatelskich nie rozstał się zresztą redaktor „Kultury” do końca istnienia PRL-u. Tyle tylko, że lokował swoje nadzieje we wciąż nowych postaciach i środowiskach. Kiedy budowa przez Gomułkę „socjalizmu z ludzką twarzą” zakończyło się w istocie na wybijaniu zębów, Giedroyc postawił z kolei na zbuntowanych partyjnych rewizjonistów. Nie przypadkiem to właśnie w „Kulturze” i w Instytucie Literackim ukazały się publikacje byłego najbliższego współpracownika Gomułki, Władysława Bieńkowskiego. To w „Kulturze” wydrukowano również głośny „List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego.
Z drugiej strony Giedroyc potrafił być niezwykle krytyczny wobec narodowych świętości i bohaterów. Nie podobał mu się – tak dokładnie miał się wyrazić – polski papież, któremu zarzucał między innymi niedostateczne, jego zdaniem, otwarcie na dialog z prawosławiem i propagowanie postawy tradycyjnego polskiego patriotyzmu powiązanego z katolicyzmem i nieufnego wobec wartości liberalnych. Po podpisaniu umów sierpniowych 1980 r. krytykował „Solidarność”, dostrzegając w jej działaniach nadmierny radykalizm i nieuzasadniony optymizm w postrzeganiu rzekomej słabości reżimu PRL-u.
Brak swoistej „politycznej poprawności” Giedroyc demonstrował również w odniesieniu do problematyki międzynarodowej. Inaczej niż większość polityków i działaczy emigracji, nie ubiegał się o dotacje z amerykańskiego Komitetu Wolnej Europy zasilanego przez CIA. Krytykował również Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa za finansową zależność od Stanów Zjednoczonych. Sam roztropną gospodarką, skrupulatnym i pomysłowym wykorzystywaniem wszelkich dostępnych możliwości zapewnił Instytutowi Literackiemu niezależność finansową ściśle związaną przecież z niezależnością polityczną.
Już od 1954 r. nawoływał też do zjednoczenia Niemiec. Głośno było również wśród polskiej emigracji o demonstracyjnym sprzeciwie środowiska „Kultury” wobec stanowiska polskiego rządu na uchodźstwie, który pryncypialnie stał na stanowisku restauracji granic państwowych Rzeczypospolitej sprzed 1939 r. Natomiast gorąco popierał Giedroyc ideę przywrócenia niepodległości republikom nadbałtyckim: Litwie, Łotwie i Estonii oraz Białorusi i Ukrainie, widząc w tym gwarancję nowego stabilnego porządku w regionie Europy Wschodniej, uniemożliwiającego na przyszłość powrót sowieckiej czy rosyjskiej dominacji na tym obszarze.
WOBEC TRZECIEJ RZECZYPOSPOLITEJ
Po 1989 r. redaktor „Kultury” nadal szokował wielu – nawet spośród jego najbliższych współpracowników i admiratorów – swymi sądami odnoszącymi się do polskiej i międzynarodowej rzeczywistości. Otwarcie stwierdzał, iż obozowi politycznemu wywodzącemu się z dawnej „Solidarności” brakuje wybitnych mężów stanu i wielkich programów politycznych. Odmówił również pryncypialnie – zaskakując zwłaszcza tych, którzy wcześniej zarzucali mu nadmierną pobłażliwość wobec komunistycznego reżimu i konszachty z byłymi komunistami – przyjęcia w latach dziewięćdziesiątych Orderu Orła Białego i przyjazdu do nowej Polski, motywując te decyzje faktem, iż Trzecia Rzeczpospolita nie odcięła się dostatecznie od dziedzictwa PRL-u.
Ten krok wydaje się tym bardziej znaczący, iż równocześnie przyjmował inne zagraniczne odznaczenia i wyróżnienia – przyznawane również przez rządy państw Europy Wschodniej, które wspólnie z Polską wychodziły ze stanu podporządkowania Związkowi Sowieckiemu na arenie międzynarodowej a w stosunkach wewnętrznych zrywały radykalnie z systemem komunistycznym. Warto tu wymienić chociażby honorowe obywatelstwo Litwy z 1997 r. i przyznany mu rok później przez Wilno Order Giedymina (został również odznaczony francuskim Krzyżem Oficerskim Legii Honorowej).
Krytykował Giedroyc „pierwszego niekomunistycznego premiera” Tadeusza Mazowieckiego. W 1990 r. pisał o nim wręcz, iż „jego kurczowe szukanie oparcia w Związku Sowieckim przeciwko ewentualnemu niebezpieczeństwu niemieckiemu i chęć utrzymania garnizonów sowieckich w Polsce zanadto przypomina Targowicę”. „Z jednej strony wisi się u klamki Gorbaczowa, a z drugiej u klamki amerykańskiej” – recenzował złośliwie brak jednoznacznie prozachodniego stanowiska nowego gabinetu.
Był pełen rezerwy wobec „planu Balcerowicza”, zarzucając ówczesnemu wicepremierowi niedostrzeganie ludzkiego, socjalnego wymiaru gospodarki. W 1991 r. w korespondencji z przyjaciółmi komentował nieco zgryźliwie pomysły jego uhonorowania, jakie pojawiały się wśród emigracji: „pomysł wysunięcia Balcerowicza do nagrody Nobla jest humorystyczny i kompromitujący. Mniej się dziwię Nowakowi [chodziło o Jana Nowaka-Jeziorańskiego, kuriera Polskiego Państwa Podziemnego z okresu II wojny światowej, szefującego po jej zakończeniu m.in. Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa – przyp. P. W.], natomiast znacznie bardziej Brzezińskiemu [mowa o doradcy amerykańskich prezydentów, znanym politologu i sowietologu Zbigniewie Brzezińskim– przyp. P. W.]”.
Jerzy Giedroyć zmarł w nocy z 14 na 15 września 2000 r. po krótkiej chorobie w Maisons-Laffitte. Do dziś dla jednych pozostaje jedną z najwybitniejszych postaci polskiej publicystyki i polityki minionego stulecia, dla innych – publicystą o wielkich zasługach dla sprawy polskiej, ale równocześnie ferującym sądy kontrowersyjne, a niekiedy wprost niesprawiedliwe dla uczestników polskiego życia politycznego.
I to właśnie – prowokowanie konfrontacji poglądów i argumentów także na swój własny temat – chyba sam poczytywałby za swą największą zasługę dla narodowej debaty o przeszłości, współczesności i przyszłości Polski i Polaków. Zachęcał bowiem do wymiany ocen. W wirze sprzecznych opinii i przeciwstawnych argumentów czuł się jak ryba w wodzie. Nie znosił ugłaskanej poprawności, apriorycznych sądów, tez rozpoczynających się od słów „nie wypada”. Siebie, własnych poglądów i podejmowanych działań nie stawiał przy tym poza nawiasem. Całym swym życiem i publicznym zaangażowaniem prowokował do wyrazistych ocen.
prof. Przemysław Waingertner
Źródło: Artykuł ukazał się w kwartalniku Myśl.pl, numer 13, wiosna 2009
Wyślij link - Powiadom znajomego
Powiadom znajomego:




