Korzystając z naszej strony internetowej, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Niniejsza Polityka dotyczy plików „cookies” i odnosi się również do strony internetowej mysl.pl

 Czym są pliki „cookies”?

Poprzez pliki „cookies” należy rozumieć dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniach końcowych użytkowników przeznaczone do korzystania ze stron internetowych. Pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie użytkownika i odpowiednio wyświetlić stronę internetową dostosowaną do jego indywidualnych preferencji. „Cookies” zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer.

 Do czego używamy plików „cookies”?

Pliki „cookies” używane są w celu dostosowania zawartości stron internetowych do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych, zagregowanych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości, z wyłączeniem personalnej identyfikacji użytkownika.

 Jakich plików „cookies” używamy?

Stosowane są dwa rodzaje plików „cookies” – „sesyjne” oraz „stałe”. Pierwsze z nich są plikami tymczasowymi, które pozostają na urządzeniu użytkownika, aż do wylogowania ze strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki pozostają na urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach plików „cookies” albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.

Pliki „cookies” wykorzystywane przez partnerów operatora strony internetowej, w tym w szczególności użytkowników strony internetowej, podlegają ich własnej polityce prywatności.

Czy pliki „cookies” zawierają dane osobowe

Dane osobowe gromadzone przy użyciu plików „cookies” mogą być zbierane wyłącznie w celu wykonywania określonych funkcji na rzecz użytkownika. Takie dane są zaszyfrowane w sposób uniemożliwiający dostęp do nich osobom nieuprawnionym.

Usuwanie plików „cookies”

Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików „cookies” na urządzeniu końcowym. Ustawienia te mogą zostać zmienione w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików „cookies” w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym przesłaniu na urządzenie użytkownika. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików „cookies” dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej). 

Ograniczenie stosowania plików „cookies”, może wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronie internetowej.

 

Szczegółowe informacje o zarządzaniu plikami cookies dla poszczególnych przeglądarek:

Firefox

Chrome

Internet Explorer

Opera

 

Nowy numer 38 (2/2017)

okładka.jpg

Najnowszy film

Facebook

środa, 21 marzec 2018 18:21

Debiurokratyzacja - skąd się bierze dobrze zorganizowana zaraza i jak ją zwalczyć

Napisane przez Karol Dąbrowski
Cecil Parkinson powiedział, co już zdarzyło mi się cytować na forum nauki, iż biurokracja to „dobrze zorganizowana zaraza”. Miał rację. Problem w tym, że najmniej winni w tym wszystkim są szeregowi urzędnicy zarabiający najniższe stawki. Prawdziwi beneficjenci biurokracji to partyjni działacze, wyżsi funkcjonariusze centralnych urzędów i resortów, właściciele największych przedsiębiorstw oraz specjaliści ich obsługujący. Oni są odpowiedzialni za „kapitalizm kolesiów”.
 

Biurokracja jest zjawiskiem wielce opłacalnym dla elit, gdyż zapewnia im korzystną redystrybucję dochodu narodowego: od biednych do bogatych, przez co ci pierwsi ubożeją a drudzy bogacą się jeszcze bardziej. Paradoks wzrostu biurokracji przy zmniejszającej się liczbie usług publicznych i spadającej ich jakości tłumaczyłbym następująco:

  • zakładając, iż państwo jest coraz bardziej zadłużone, a mimo to przydziela sobie coraz więcej zadań, czyli tworzy nowe kompetencje dla urzędów (wzmagając przy tym inflację prawa), czyli zwiększa biurokrację, która coraz więcej kosztuje, to się coraz bardziej zadłuża;
  • ale, jeśli przyjmiemy za pewnik obserwację, że - mimo wzrostu biurokracji - usług publicznych jest coraz mniej lub są coraz gorszej jakości (oświata szczególnie), to (co jest najważniejszą konkluzją) paradoks wzrostu biurokracji przy mniejszej liczbie uslug publicznych i gorszej ich jakości istnieje dlatego, gdyż jest korzystny dla elity rządzącej, ponieważ (i tu się nam kłania ten nieznośny Marks) mogą w tej sytuacji przechwytywać dla siebie większą część wartości dodatkowej wytwarzanej w kapitale narodowym przez obywateli.

Marian Szołucha podpowiedział mi, żebym model ten - jakże uproszczony - uzupełnił o koszty obsługi zadłużenia państwa wobec zagranicznych wierzycieli. Zauważmy, że elity „kiszą się we własnym sosie”: one powiązane międzynarodowymi zależnościami obsługują ów dług i one zasiadają w instytucjach ponadnarodowych, które nie dosc, że udzielają pożyczek, to jeszcze sugerują, dlaczego je zaciągać i na co wydać! Mają kontrolę nad przepływami finansowyrni na koszt obywateli, na których politycy ze swym przerośniętym ego owe kredyty biorą. A im bardziej państwo jest zadłużone, tym oni mają więcej zysku. Innymi słowy, im bardziej zadłużone państwo, tym większy transfer dochodu za granicę za ich pośrednictwem i większa szansa na przejęcie ziemi (Grecja) lub oszczędności (Cypr). Dlaczego więc elity międzynarodowe tak godzą się na bankructwo państwa i umarzanie długów? Ponieważ jest to wpisane w mechanizm zarabiania pieniędzy. Być może więc ograniczenie deficytu odetnie im źródła dochodów.

 

Problem polega na tym, że nigdy obywatele nie przewidzą, na jakie głupoty władza wyda pieniądze. Przykład z Ministerstwa Sprawiedliwości, o którym pisała „Rzeczpospolita” (17 lipca 2014 r.): „Jarosław Gowin. Analiza wizerunku medialnego oraz wizerunku wewnętrznych uwarunkowań rozwoju politycznego” - za 25 tysięcy złotych; ,,Rekonstrukcja podstawowych tez w akademickiej debacie w przedmiocie zaangażowania racji światopoglądowych w procesie stanowienia i stosowania prawa w Stanach Zjednoczonych Ameryki” - 9 tysięcy złotych za 21 stron, czyli 430 złotych za stronę. Więcej niż połowa renty socjalnej! Jest tak, jak w ktoś napisal w komentarzu: „Miliardy płyną szerokim strumieniem do wybrańców wła dzy i nikt nie jest w stanie, i nie chce tego powstrzymać, ponieważ korzyści tego układu są szeroko dzielone”.

 

Nie tylko chodzi o to, że są szeroko dzielone, ale że jest na co dzielić i co dzielić. Jeśli zniknie kompetencja, zniknie zadanie, to jest wyższa szansa, że zniknie urząd albo... że władza wymyśli nową kompetencję i nowe zadanie, robiąc wszystko, aby urząd nie zniknął (co, jak wykażę w zakończeniu, też jest możliwe). Zapominamy o ważnej sprawie: że jest co dzielić. Jest, bo płacimy podatki. A gdyby tak zagłodzić rząd? Jest to możliwe, jak o tym dalej. Wracając do tematu: jest co dzielić, to oznacza, że jako naród pieniądze mamy, a gdyby władza nam ich nie zabierała, to jakim bylibyśmy narodem? Bogatym! I stać by nas było na wyposażenie armii i zbudowanie infrastruktury itp. Ale nas nie stać, bo rządzący wolą wydać nasze pieniądze na rzeczy całkowicie zbędne.

 

Wzorując się na Piotrze Aleksandrowiczu z „Obserwatora finansowego” można zauważyć, iż: 1) im wyższe wydatki publiczne w stosunku do PKB, 2) im wyższy procent pomocy publicznej w stosunku do PKB, 3) im wyższy procent zamówień publicznych w stosunku do PKB i w stosunku do ogółu wydatków rządowych, 4) im bardziej rozbudowane i skomplikowane preferencje podatkowe, 5) im trudniejsze przepisy prawne, 6) im więcej dotacji, preferencji, ulg - tym transfer pieniędzy do „kolesiów” wyższy, a ekonomiczno-społeczny (może prościej: klasowy) „szklany sufit” twardszy. Nie bierzemy pod uwagę krajów skandynawskich, gdyż mentalnie bliżej nam jest do RPA, choć w kilometrach dalej.

 

Czy jest remedium na wielki sektor państwowy, rozdęte finanse publiczne, niesprawność instytucji i skomplikowanie prawa (cytując wspomnianego Aleksandrowicza) lub naszą przeregulowaną gospodarkę zadłużenia (jak napisał Witold Kwaśnicki)?

 

Tak - lekarstwem nie jest decentralizacja, nie jest komunalizacja, nie jest tworzenie samorządów nieterytorialnych (zawodowych, gospodarczych i licho wie, jakich jeszcze1), nie jest przekazywanie władzy organizacjom pozarządowym, ale radykalna debiurokratyzacja.

 

Debiurokratyzacja sprowadzić się musi do skreślania kompetencji organów administracji publicznej i zadań publicznych z ustawodawstwa. Kompetencja tworzy organ, a zadanie publiczne wydatek budżetowy. Dlatego trzeba odebrać władzy kompetencje i zadania. Nie wolno przekazywać ich samorządom ani organizacjom pozarządowym. Dlaczego? Ponieważ wtedy stworzymy obok biurokracji rządowej trzy kolejne: samorządową terytorialną, samorządową branżową i pozarządową! Czy komuś są potrzebne izby rolnicze zjadające - patrząc na obliczenia portalu ,,Farmer.pl” - 30 milionów złotych rocznie? Nie! Polski nie stać na cztery biurokracje! Czy stać nas na transferowanie PKB do zakładanych przez celebrytów fundacji III sektora2? Nie! Dlaczego dokładamy z naszych podatków do organizacji społecznych, które funkcjonują jak zwykle firmy, zamiast... zmniejszyć podatki mikroprzedsiębiorcom?

 

Co nie jest opłacalne dla „szarego człowieka”, jest opłacalne dla mafii, która dzięki temu może prowadzić mieszkaniową lichwę, wysyłać przeterminowane faktury do e-sądu, wypełniać fikcyjne weksle in blanco, fałszować akty notarialne i przejmować nieruchomości, wyludzać kamienice paląc ludzi żywcem (kazus Jolanty Brzeskiej). W Polsce elity polityczne i mafia to jedno. Im rzadziej obywatel będzie miał styczność z władzą, tym będzie bezpieczniejszy. Dlatego debiurokratyzacja musi oznaczać brutalne obcięcie funduszy, zakręcenie kurka z publicznymi pieniędzmi i pozbawienie środków ileś tysięcy osób. Skoro normalni Polacy mogli wyemigrować, to oni też mogą, przynajmniej korzyść dla narodu będzie większa. Wtedy też zaistnieje szansa na stworzenie normalniejszego budżetu dla naszego kraju.

 

Spójrzmy na rząd: nie potrzebujemy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nie potrzebujemy Ministerstwa Edukacji Narodowej, nie potrzebujemy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, nie potrzebujemy Ministerstwa Sportu iTulystyki. Jeśli - cytując Joannę Muchę (pal licho, czy ją lubimy, czy nie) - „Lekkoatletyka dostaje ok. 16 mln zł rocznie. To jest jeden z najwyżej finansowanych związków, inne dostają między 2 a 10 mln zł. Wszystkie związki, jeśli liczymy trening juniorski i seniorski, to są setki milionów złotych rocznie” (,,Gazeta Wyborcza” 04.12.2013), to ja się nie zgadzam, żeby z budżetu państwa, jakiekolwiek pieniądze szły na sport. To nie jest sprawą państwa! Jeśli ktoś chce mieć stadion - owszem, niech sobie go zbuduje i na nim zarabia, a jak nie - niech go przerobi z powrotem na targowisko. A co z muzeami, bibliotekami, domami kultury? Zostawić, jeśli na siebie zarabiają; łączyć zmniejszając koszty; dać gminom, niech sobie z tym robią, co chcą albo sprzedać zbiory na ,,Allegro”. Postawię kontrowersyjną tezę: czy naprawdę potrzebujemy Muzeum Piłsudskiego w Sulejówku? Chyba tylko po to, żeby dać zarobić spółce Ove Arup & Partners International. Dlaczego na Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie wydano około 200 milionów złotych ze środków publicznych? Skoro organizacje żydowskie stać na zgłaszanie bezpodstawnych roszczeń wobec majątku polskiego, to tym bardziej stać na budowanie sobie pomników. Jeśli gmina żydowska „odzyskała” raz już spłacony przez Polaków w latach 60. gmach Jeszywas Chachmej Lublin, w którym obecnie urządziła... hotel, to zyski chyba posiada. Czym jest finansowanie muzeów z wycieczek szkolnych, jeśli nie przelewaniem pieniędzy publicznych z jednego pustego wiadra w drugie? Jeśli politycy chcą sobie zbudować operę, w której będą się pławić w swojej pysze - dobrze, niech sobie budują, ale za swoje. Jeśli chcą sfinansować kolejną beznadziejną komedię - niech finansują, ale ze swoich pieniędzy! Nie może być tak, że na filmidło ,,Kochanie, chyba cię zabiłem” ,,wyczekiwane dotacje od PISF-u, udało się wywalczyć przy pomocy Andrzeja Wajdy i Agnieszki Odorowicz” (cytat Zbigniewa Domagalskiego z e-kulturka.pl). A ja zapytam: ile jeszcze mainstream wywalczył na swoje kosztowny hobby pieniędzy podatników?! I drugie pytanie: jakie jeszcze niespodzianki dla nas szykuje?

 

Ano bardzo proste: rząd chce nas obłożyć opłatą audiowizualną. Więc co robi nowa minister Małgorzata Omilanowska? ,,Omila” nam życie stawiając sobie w moim subiektywnym odczuciu za priorytet obkładanie nas, a (cytując wydanie „Gazety Prawnej” z 10 lipca br.) „ma ją w tym wspomóc od jutra specjalnie do tego powołany wiceminister” - ja odczuwam takiego kogoś jako specjalnego wiceministra ds. obkładania. Nie ma to jak wymyślić opłatę, a potem pod ową opłatę stworzyć jeszcze synekurę. Tak się robi demokrację. Jako obywatel nie chcę płacić abonamentu, ponieważ nie mam ani telewizora, ani radia i nie chcę państwowej telewizji, w której celebryci przychodzą się ,,celebrycić” za grube miliony złotych, których notorycznie w budżecie brakuje. Może owa hipokryzja władzy nie wpędzałaby mnie w czarną depresję, gdyby nie bezustanne biadolenie przy innych okazjach, że pieniędzy brak. Pieniądze są, ale są marnowane.

 

Osobiście nie potrzebuję kultury finansowanej publicznie, zwłaszcza że współcześni „artyści” korzystając z publicznych pieniędzy zapewnili sobie całkowite oderwanie od rzeczywistości. Weźmy do ręki sierpniowe wydanie lubelskiego przewodnika kulturalnego ,,ZOOM”. Czytamy tam takie opisy, które ja odczuwam jako bełkot wariata: „artysta planuje badać ruch w całkowitym oderwaniu od znaczenia. Chce się przekonać, czy poprzez organizowanie stworzonego materiału w strukturę uda mu się uwolnić ruch od jakichkolwiek zobowiązań opisowych. Ruch jasny i ostry jak słowa, a jednocześnie mogący otworzyć lukę pomiędzy tym, co jest ‹‹powiedziane›› a tym, co jest zamierzane”. Albo kolejne frazy, które mi przypominają skrajne farmazoństwa: „Ogromny niebieski blejtram pochyla się nad stosem mebli, skrzynek, sprzętów, które trudno jest odróżnić, gdyż tworzą nieokreśloną masę przedmiotów - po to, aby je wchłonąć, skonsumować, przetrawić. Obraz, który nie chce być obrazem ujawnia swoją mięsistą, lewą stronę, ożywia się, przekracza swoje granice ciążąc w kierunku instalacji, ze świadomością własnej wtórności i nieadekwatności”. Najlepiej oczywiście naśmiewać się z katolicyzmu: dlaczego nie z Żydów - bo zaraz taki „artysta” dostałby pozew na milion; dlaczego nie z muzułmanów - bo zaraz taki „artysta” dostałby nożem w plecy (a że przy okazji na fali protestu przeciwko zgnilemu Zachodowi, do którego jakimś trafem wszyscy chcą przybyć, zniszczono by kolejny kościół w krajach ,,ubogiego Południa”, które tak sowicie musimy wspierać, aby dochować wymogom zrównoważonego rozwoju...). Możemy więc podziwiać instalację, w której ,,artysta”: „prezentuje serię małych czarnych figurek otoczonych ciasno czarną folią. Kształt sugeruje zarówno postać Matki Boskiej jak i Władcy Ciemności, poddając w wątpliwość wizualne przyzwyczajenia. Artysta ironicznie komentuje bałwochwalczy charakter religii, uwalnia przedmioty i obrazy spod ciężaru znaczenia, stają się one jedynie wydmuszkami, formami podatnymi na przekształcenia”. I tak dalej...

 

Najlepsze jest na końcu owej kulturalnej broszurki: omówienie książki jakiegoś fana Brunona Schulza, który przelał na papier bez żadnego akapitu (tak, tak - forma rządzi) swój słowotok, w której recenzent ubolewa, iż: „Książka ukazała się dzięki funduszom zebranym przez rodzinę i przyjaciół artysty. Czy to nie potwierdza jej doszczętnie alternatywnego charakteru? Nie ma na niej żadnej oficjalnej pieczęci”. Odpowiadam: na moich książkach też nie ma oficjalnych pieczęci, gdyż nie zabieram moim współobywatelom podatków, wszystko wrzucam do sieci na wolnej licencji, a... co więcej: nie daję zarobić organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.

 

Oddajmy więc głos Aleksandrowiczowi na temat ZAIKS-uz ,,To jedna z tych organizacji, która prawem kaduka m.in. dręczy drobnych przedsiębiorców, właścicieli barów, sklepów, restauracji i firm usługowych, dbając jak widać głównie o własny interes. Płacą konsumenci” (Piotr Aleksandrowicz, Solidarność przyczyną nierówności?, obserwatorfinansowy.pl). Bez komentarza.

 

A gdyby tak zamienić system finansowy państwai zrobić taki oto manewr:

1) oddzielić administrację skarbową od Ministerstwa Finansów, żeby robiła w spokoju bez nacisków partyjnych to, co robi do tej pory, czyli zbierała podatki;

2) podatki z pominięciem rządu (właśnie: zagłodzić rządl) kierowała do Narodowego Banku Polskiego;

3) ten na koniec roku ogłaszałby, ile ma kasy na koncie;

4) każdy zainteresowany (kierownik urzędu, wójt, prezes spółki, zwykły przedsiębiorca, związek zawodowy, szef fundacji czy zarząd stowarzyszenia) zglaszałby się z projektami, na które chciałby dostać naszą przecież kasę;

5) obywatele w internetowym głosowaniu decydowaliby o tym, na które projekty kasa ma pójść do wyczerpania kasy bez żadnego deficytu.

 

Proste, prawda? Jeśli o mnie chodzi, to głosowalbym za tym, żeby moje pieniądze poszły na wojsko, policję, dofinansowanie opieki zdrowotnej dla najuboższych, drogi, bezpieczeństwo i porządek publiczny, zarządzanie kryzysowe. Ewentualnie rokrocznie obywatele decydowaliby, jaki procent budżetu przeznaczyć, na jakie działy. Ja bym głosował za tym, żeby na wynalazczość szło minimum 3 procent budżetu. Nawet jeśli część z tych pieniędzy zostanie zmarnowanych, bo eksperyment się nie uda, to i tak będzie z tego większy pożytek niż gdyby te fundusze marnowało ministerstwo. Wtedy w internetowym głosowaniu wszyscy mogliby zagłosować, jakie projekty wynalazcze chcą poprzeć (np. nowoczesne ogniwa do trolejbusów, bo akurat u mnie w Lublinie jest to ulubiony środek transportu). A gdyby tak zastąpić wszystkie podatki jednym, np. 10-procentowym wedle prostej zasady: jeśli uzyskuję jakikolwiek dochód, to od niego płacę 10 procent? A przy okazji przygotować program wyjścia z Unii Europejskiej, taki jak opracowali Anglicy? Szanowni Czytelnicy: naprawdę głosowalibyście za tym, żeby z Waszych pieniędzy wybijano ordery i odznaczenia? Nie potrzebujemy całego tego żetoniarstwa - jak ktoś chce sobíc rozdawać gadżety (jak Komorowski Bieleckiemu wiem, która postać gorsza, bo to się jawi jak jakiś koszmarny spektakl), proszę bardzo, ale niech je sobie robi z własnych pieniędzy, a nie wszystko na koszt państwa! Po to prezydent, minister, wojewoda, burmistrz, wójt dostaje pensje, żeby to ze swojej pensji rozdawał prezenty swoim znajomym, a nie z moich!

 

O tym, do czego prowadzi „zarządzanie” pieniędzmi obywateli przez polityków, napisał też mt na portalu ,,wPolityce.pl”: „Nie ma wolności bez... publicznych dotacji. Dodatek do ‹‹Wyborczej›› na 4 czerwca wypchany państwowymi reklamami” (news z 4 czerwca 2014) lub też inne: „Premier zwalnia szefów państwowych spółek, aby wzięli sowite odprawy, a ich następcy zdążyli się ‹‹nażreć›› przed wyborami?” (news z 19 lutego 2014) i 4 miliony dla „Wprost” za patronat nad nagrodą Kisiela (news z 26 lutego 2014) - przyszło mi na myśl, że może skoro sprawa się wydała, to dlatego wyskoczyli z taśmami? W końcu 4 miliony piechotą nie chodzi...

 

Marzy mi się, aby parlament uchwalił nową konstytucję ustalając ogólny katalog zadań publicznych (żeby Trybunał potem nie kwestionował zmian) i wyrzucając z niej przy okazji relikt PRL-owskiej cenzury, jaką jest KRRiT. Potem żeby premier rządu wziął linijkę i wykreślił z ustawy o działach administracji rządowej poszczególne pozycje, a posłowie to samo zrobili w ustawach samorządowych. A wtedy... kto by nie chciał korzystać z usług ZUS-u, jak słynny Grzegorz Sowa, to by nie korzystał. A jakby ktoś swoim majątkiem źle gospodarował, to już na zapomogi od państwa liczyć by nie mógł; jak nie szukając daleko (ujmę to złośliwie) swego czasu Violetta Villas na 10 tysięcy, podkreślę: publicznych złotych.

Idzie o odcięcie elitom żerującym na naszych podatkach źródła dochodu. Nawet nie sama biurokracja jawi się jako zło, ale jej otoczka - pasożytniczy kokon, pełen robactwa, jaki wokół niej się wytworzył.

 

Na koniec przykład, jak wymyślenie zadania publicznego rozdyma biurokrację naszym kosztem. Z dziedziny mi najbliższej, czyli szkolnictwa wyższego: w czasie nowelizacji z 2011 roku, czyli ,,reformy Kudryckiej” z wielkim zadęciem ogłoszono, iż uczelnie od tej pory będą monitorować kariery absolwentów - mniej więcej na wyjściu, po 3 latach i po 5 latach. Wszyscy więc, na wszystkich uczelniach, zabrali się układać ankiety monitorowania karier, systemy monitoringu (skrupulatnie sprawdzane przez Polską Komisję Akredytacji), robiono statystyki, prowadzono ankietyzację, wyniki wpasowywano w systemy jakości kształcenia, dobierano próby badawcze, w czterech słowach: marnowano czas i pieniądze. Po trzech latach okazało się, że ci sami, którzy wymyślili ten wymysł, a przecież rządzący Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Polską Komisją Akredytacyjną firmują prywatne uczelnie (minister Lena Kolarska-Bobińska - Collegium Civitas) zorientowali się, że ich to za dużo kosztuje. Więc co wymyślili? Że od tej pory monitorowaniem karier będzie zajmować się... ZUS! Tak jest - jakby mało funduszy publicznych pożerał, to jeszcze będzie obrabiać dane 400 tysięcy absolwentów rocznie - przez pięć lat uzbiera się to już 2 miliony. W moim subiektywnym odczuciu wygląda to tak, że minister Lenie Kolarskiej-Bobińskiej nie chce się już utrzymywać biura karier w swojej prywatnej uczelni, więc wolała przerzucić ten jakże ważny obowiązek publiczny - strasznie ważne zadanie publiczne, bez którego zawaliłby się cały system polskiego szkolnictwa wyższego, na ZUS. Dzięki temu ta bezsensowna instytucja otrzymała w oczach partyjnych propagandzistów pretekst do swej wegetacji naszym kosztem, przecież już wszyscy wiedzą, że emerytur nie będzie, więc jakąś kompetencję znaleźć trzeba. Nikt nie zadał jednak prostego pytania: po co w ogóle monitorować kariery absolwentów? Czy to coś w dobie bezrobocia i emigracji da? Nic. Czy wzrośnie od tego PKB i przybędzie miejsc pracy? I z tymi pytaniami pozostawiam czytelników.

W: Myśl.pl, nr 32, s. 27-31.

1. Czy ktoś pamięta, że stworzenie bojkotowanego przez psychologów samorządu zawodowego psychologów już „na wejściu” kosztowało podatników pięć milionów złotych???

2. Czy to nie dziwne, że każdy celebryta i możnowładca musi mieć własną fundację? Naprawdę chcemy finansować Fundację TVN???